Moi drodzy! 

Zapraszam Was na kilka wspomnień z zielonego i dzikiego zakątka jakim jest Papua!

Przygoda rozpoczęła się na dobre nad ranem 15 grudnia roku pańskiego 2014 :),  kiedy to wraz z moim 8 letnim synem Jeremim udałam się na lotnisko w Warszawie. Przez cały wieczór poprzedzający wyjazd, pakowałam się i sprawdzałam ekwipunek.

Jeremi wspierał mnie niesamowicie w przygotowaniach, przede wszystkim swoim dojrzałym spokojem, ale również cudownie dziecięcym humorem, który nie opuszczał nas ani przez chwilę. Po starcie samolotu, kiedy to ,,klamka'' definitywnie zapadła, pędziłam już w stronę Paryża gdzie czekała mnie przesiadka do samolotu lecącego w kierunku Kuala Lumpur a następnie na wyspę Bali (lądowałam w Denpasar).
Z kurortowej Kuty (wyspa Bali) udałam się do Timiki - miasta powstałego na potrzeby kopalni złota  (Grasberg - Link)

otwartej 1972 r.
Nim wylądowałam, zza okna samolotu  rozpościerał się widok lasów deszczowych z fikuśnie meandrującymi rzekami.

Do Timiki dotarłam 17 grudnia, czyli tuż przed Wigilią i to zasadniczo zaowocowało całym szeregiem wydarzeń, które w efekcie opóźniły moje wejście na szczyt o ponad tydzień. Jedną z przyczyn był brak możliwości wylotu do Sugapy - pierwszeństwo przelotu miała lokalna ludność i urzędnicy). Co robić...?
W Timice nie ma za wiele do roboty. Trochę się można po niej "poszlajać" i zrobić parę zdjęć, ale nie jest to miejsce ciekawe dla turysty. To raczej turysta cały czas stanowi w Timice atrakcję :).


Timika

Z ciekawszych rzeczy, warto odwiedzić lokalny market i spróbować egzotycznych owoców, których nazwy jest ciężko powtórzyć. Różowe owoce są bardzo wodniste i trochę bez smaku. Z brązowych trzeba ściągnąć grubą skórę, żeby dostać się do słodkiego miąższu.  A zielonych nie polecam, cierpkie i niesmaczne....:) 

 

Na targu można też kupić ryby..... do wyboru do koloru. Bądź...papugę :)!

 

Moja słabość w podróży - to dzieciaki. Uwielbiam z nimi spędzać czas, bo bez znaczenia czy jestem w Afryce, Azji czy Papui one zawsze są bardziej otwarte niż dorośli i... zaczepne co w ich wykonaniu można polubić :). Mniejsze dzieci są mniej ufne a ich wydęte brzuszki są oznaką robaków buszujących w ich organizmach.

 

Po 4 dniach spędzonych w Timice wsiadam na pokład niedużego samolotu. Po 20 minutach lotu ląduję w Sugapie - ostatnim przyczółku cywilizacji. Stąd wsiadam na motocykl, żeby dostać się do Suangapy. To właśnie z Suangapy powinnam rozpocząć swój trekking.

Na pierwszą blokadę natrafiam już po 10 minutach. Po dwugodzinnych negocjacjach z lokalną ludnością udaje się ją (blokadę) "pokonać", płacąc uprzednio 15 mln rupii indonezyjskich za "winietę" pozwalającą przejechać przez teren wioski. Jak się potem okazało, ze względu na okres świąteczny pobierana od nas kwota była dwukrotnie wyższa od ,,miejscowych standardów''

Po przejeździe pierwszej barykady po 10 minutach muszę zatrzymać się na kolejnym ,,road block'u''. Tym razem "wita" nas chyba cała wioska. Wśród blokującego tumu, byli Papuascy wojownicy. Jedni z łukami w rękach, inni ze strzelbami na ramieniu.
Jednym słowem dziki zachód.... :). Mówię to żartobliwie, ale prawda jest taka, że ich zwierzęce czasem zachowania, ciężko jest przewidzieć. Równie dobrze o moim życiu mógł decydować, mało wyrozumiały (z mojego europejskiego punktu widzenia)  Papuas, który energicznie machał rękoma, dając nam jasno do zrozumienia, żebyśmy udali się tam skąd przyszliśmy. Jaka była gwarancja, że nie użyje tego co dumnie nosił na ramieniu? Nie wiem. Ale nie chciałam wracać przez tę wioskę. Bałam się...
Negocjacje trwały do zmroku, zaczął padać deszcz a ludzie rozeszli się do swoich chat.
Myślę, że spędziliśmy na rozdrożu dróg około 3 godzin. Efek? - mizerny! Wódz plemienia Moni nie pozwolił nam wyruszyć w dalszą drogę. Musimy zostać w Janambie!  Co gorsza nie wiadomo na jak długo. 

Korzystam więc z okazji i bawię się z dzieciakami :). Z nimi też spędzam w Janambie Wigilię!

W tej niedużej wiosce zatrzymał nas klan Moni. Za kolejnym wzgórzem można zobaczyć wioskę Dawa a jeszcze dalej widać chaty klanu Dani. Papuasi są chrześcijanami z opcją wielożeństwa :). Ot taka pozostałość po ich rdzennych wierzeniach. Obchodzą święta Bożego Narodzenia i z tej okazji pieką na ognisku świnie. Świnie to cenny towar wymienny. To też forma opłaty jaką musi wnieść mężczyzna do rodziny kobiety, którą chce wziąć  "za żonę". Zwierzęta te są do tego stopnia uprzywilejowane, że śpią w chatach razem z ludźmi.

Po licznych naradach prowadzonych przez ważnych ludzi ,,starszyznę'' z klanu Moni, 25 grudnia jesteśmy wolni! Możemy iść dalej :). Jak się później okazuje nasz przymusowy postój związany był ze świętami. Wigilia i pierwszy dzień świąt to nie czas na wspinaczkę na Piramidę Carstensza i przekraczanie papuaskich ziem!

To śmieszne, że od naszego celu - Suangapy- dzieliło nas zaledwie 10 minut drogi motocyklem.

 

W ostatniej wiosce - Suangama


Pierwotny plan trekkingu zakładał zupełnie inną 6 dniową trasę dojścia do Base Camp'u. Ja straciłam w sumie 7 dni z przyczyn niezależnych ode mnie. Trzeba było to nadgonić!


Przejście przez dżungle


Mówią, że trekking przez dżunglę to jeden z trudniejszych trekkingów.
Fakt. Trochę doskwiera permanentnie padający deszcz, mokre ubranie, śmierdzące ogniskiem bo tylko w taki sposób można je podsuszyć czy odciski od noszenia gumiaków. Ale muszę przyznać.... hmmm rozczarowała mnie "ta dżungla". Po pierwsze to nie zgadzam się z opinią, że to najtrudniejszy trekking. W ogóle się na nim nie zmęczyłam a nie sądzę, żeby był to efekt mojego dobrego przygotowania fizycznego. Kto mnie zna ten wie, że regularność treningów to nie moja dobra strona :). Po drugie to nie widziałam w dżungli ani jednego pająka czy węża. A po trzecie, komarów to jest więcej u mojego taty na działce  :) !!!
A może to siła myśli... :), które miały odpowiednią trajektorię? Dasz radę! Będzie dobrze! :) Wiecie...
Przejście przez dżunglę to przejście w terenie mokrym, śliski i bagnistym wśród powalonych, gigantycznych równikowych drzew. Może, w tej przeprawie, moim atutem był niski wzrost (150 cm w kapeluszu :))? Bo w niektórych momentach trzeba było mocno balansować ciałem, żeby nie stracić równowagi. 

W obozach na trasie, Papuasi spali w szałasach. Ja miałam zaszczyt spać w namiocie. Ale w szałasie spędzało się dużo czasu.

W papuaskim szałasie suszyliśmy rzeczy a wieczorami słuchaliśmy jak nasi porterzy/porterki śpiewają w wielogłosie. 

 

Wese -najmłodsza żona wodza klanu Dani

Kobiety mężatki robią tatuaże na twarzy na znak przynależności do mężczyzny. Nacinają skronie co również jest oznaką zamążpójścia. Dziewczyna na jednym ze zdjęc to najmłodsza żona wodza klanu Dani - Williamsa.
-Wese ile masz lat? 
- Nie wiem, mój ojciec zasadził drzewo w Sugapie gdy się urodziłam. Mam tyle lat ile ma to drzewo. 
Po jej sposobie bycia można zgadnąć, że jest nastolatką. Zawsze uśmiechnięta i trochę psotliwa....
Trzeba dodać, że Williams wyglądał na gościa 50 +.

 

Bose stopy papuaskich tragarzy

Jej stopy mają zupełni inny kształt niż nasze. Są szerokie, niczym płetwy i przystosowane do przemierzania dziesiątek kilometrów na boso. Skóra na jej stopach jest twarda i chroni przed uszkodzeniami i ranami podczas marszu po śliskich korzeniach czy ostrych jak brzytwa kamieniach. 

Lokalna ludność to świetni myśli. Już kilkuletni chłopiec potrafi zabić w dżungli rajskiego ptaka.  Ptaki  stanowią dodatkowe źródło pożywienia dla ubogiej w białko papuaskiej diety (jedzą głównie ryż i słodkie ziemniaki ). 

 

Lokalna ludność robi jeszcze jedną rzecz, która dla nas Europejczyków jest niezrozumiała. Okaleczają się odcinając sobie palce, po stracie bliskiej osoby.  W ten sposób wyrażają wielki żal i tęsknotę za bliskim.


Złoto na ziemi a dokładniej na drodze, którą szłam ;)


Kolejną ciekawostką jest to, że papuaskie ludy przemierzają trasę z Suangapy do Base Camp'u kilkanaście razy w ciągu roku. W trakcie ich ciężkiej pracy, gdy dźwigają ekwipunek ekspedycyjny ich bose stopy stąpają po najszczerszym złocie. Tę tajemnicę zdradził mi mój przewodnik. Przyznam szczerze, że ja sama nie zwróciłabym uwagi na to po czym chodzę.


Piramida Carstensza

Po 6 dniach wędrówki przez dżunglę wreszcie mogę zobaczyć cel mojej podróży. Szpiczastą, stromą, czarną Piramidę Carstensza.

Jej wierzchołek położony jest na 4884 mnpm. Ale nim się na nim stanie, trzeba pokonać tzw. tyrolkę i dwie przepaście.
Atak szczytowy rozpoczęliśmy o 2 w nocy. Szybko znalazłam się na wysokości, z której można było zobaczyć wielkie ciężarówki pracujące w kopalni złota. Największej kopalni odkrywkowej na Ziemi położonej tuż u podnóża Piramidy Carstensza.
W trakcie ataku szczytowego nieprzerwanie padał deszcz a temperatura wynosiła 0 stopni. Pomimo specjalistycznych ubrań po godzinie marszu cały mój ekwipunek, oraz odzież była mokra :( Trudno jest w takich warunkach utrzymać ciepłotę ciała bez poruszania się. Dlatego w trakcie oczekiwania na resztę uczestników koszmarnie marzłam.
Liny poręczowe z poprzednich ekspedycji pozostawiały dużo do życzenia. Były przetarte, źle zamocowane, a w niektórych miejscach nie stanowiły całości rozchodziły się prezentując poszczególne włókna, nie gwarantując tym samym żadnego bezpieczeństwa.

Dlatego przez większą część wspinaczki polegałam na sile własnych rąk i nóg oraz doświadczeniu. Skała choć wygląda na bardzo śliska, w rzeczywistości jest chropowata niczym papier ścierny. Chwyty są bardzo duże i bez problemu można znaleźć znaleźć tzw. "klamę". Jeżeli słyszeliście opinie, że najtrudniejszą częścią wspinaczki jest tyrolka to jest to nieprawda. Największą trudnością jest moim osobistym zdaniem przejście przez dwie przepaście.

Po 6 godzinach wspinaczki o godzinie 8:00 LT z bardzo dużym zapasem sił jestem na szczycie :). Dumnie trzymam flagę mecenasa wyprawy - firmy BAUKRANE, robię kilka pamiątkowych zdjęć, nagrywam filmy "dziękczynne :)" ze szczytu i czekam na resztę grupy. Tak oto mija godzina na szczycie 


Dzień 31 grudnia 2014 roku to najlepszy sylwester ever :)!!!!

Choć emocje zrobiły swoje i chłodu nie czuło się aż tak bardzo, niemniej jednak po godzinnym pobycie na szczycie jak najszybciej chcę znaleźć się w bazie :). Około 12:00 docieram na miejsce i idę odpocząć bo jeszcze tego dnia czeka mnie kolejne wyzwanie...

Tego samego dnia, tj 31 grudnia 2015, po odpoczynku w Base Campie ja + pozostali uczestnicy wyprawy podjęliśmy jednogłośną decyzje powrotu przez kopalnie złota.
Należy dodać, że przekroczenie terenu kopalni złota, bez posiadania odpowiedniego permitu jest zabronione ! Powodów tej decyzji było kilka. Głównym powodem była obawa o nasze życie i zdrowie. Lokalna ludność w trakcie naszego zatrzymania w Janambie była agresywna i nie wiedzieliśmy czego możemy spodziewać się w drodze powrotnej. Do tego dochodził fakt "kurczącego się czasu". Powoli wszystkim zbliżały się terminy wylotów do domu.

Dojście do kopalni było chyba dla mnie większym wyczynem niż zdobycie góry. Mój przewodnik zostawił mój wygodny, 70l plecak w Sugapie więc musiałam zapakować cały ekwipunek w torbę ekspedycyjną na cienkich ramiączkach. Żeby nie czuć bólu wrzynających się w moje ramiona pasków musiałam iść praktycznie zgięta w pół. Torba z mokrymi rzeczami ważyła ok 30 kg. Lekko nie było :( 

Droga miała zająć 2h a zajęła 6h. Czyli tyle samo co wejście na szczyt. Idąc do kopalni wiedzieliśmy, że czeka nas nocleg w kontenerze. Nawet jeden taki mijaliśmy. Jednak nikt z nas nie pomyślał, że może to być miejsce naszego noclegu.  
Kontener, o którym słyszeliśmy z opowiadań przewodnika miał być kontenerem pracowniczym a nie budą bez okien i drzwi.


Kontenerek!

To nie było miejsce, w którym chciałabym spędzić noc! Było zimni (ok 0* C) a ja nie miałam namiotu.
Tego wieczora, zdecydowaliśmy się wejść do "jaskini smoka". Ze szczytu kopalni było widać  budynki pracownicze. Udaliśmy się do jednego z nich z nadzieją, że zwiozą nas od razu na dół do miasta Tambagapura. Wreszcie było ciepło, dostaliśmy herbatę i punkt o północy złożyliśmy sobie życzenia. Nowy rok świętowałam w dyspozytorni największej odkrywkowej kopalni złota popijając gorzką herbatę i odpowiadając na pytania pracowników dlaczego się tu znalazłam.
Po przedstawieniu całej sytuacji i licznych prośbach o zwiezienie nas do Tambagapury wiedzieliśmy że nasz los zależał od gościa z Security, który właśnie do nas jechał. Po raz kolejny opowiadamy swoją historię. Jest decyzja!
- Nie możecie przejść. Jest nowy rok i szef ochrony nie będzie teraz zajmował się sprawą 4 turystów - wariatów w kopalni
- To co mamy zrobić?
- Czekać. 
Potem kazali nam zapakować się do dużej furgonetki i wywieźli nas dokładnie w to samo miejsce  z którego przyszliśmy - na szczyt kopalni pod samiuśki kontener!!!
Rock & roll :/ !
Strażnik na odchodne powiedział, że rano przyjedzie do nas, ktoś z informacją o podjętej decyzji, że nie mamy ponownie wchodzić na teren kopalni i że za rogiem śpią papuasi.
Ta ostatni wiadomość jak się później okazało była dla nas szalenie ważna.

 

Nielegalne przejście przez kopalnię złota

Nie było takiej możliwości, żeby spać w kontenerze. Początkowo próbowaliśmy nieudolnie załatać dziury w oknach starą folią i rozpalić ognisko. Ale szybko każdy z nas zdawał sobie sprawę, że nic z tego nie będzie. Bez namiotu nocleg w kontenerze było po prostu szaleństwem. Oczywistym było, że dziś będziemy spać w papuaskim "schronie". 


W papuaskiej społeczności :)

W środku, może nie było najczyściej :) ale było za to ciepło. Tej nocy poszłam spać po 26 intensywnych godzinach. Dziesięciogodzinny atak szczytowy, sześciogodzinne dojście do kopalni i dyskusja ze strażnikiem spowodowały, że bez różnicy mi było gdzie i w jakich warunkach śpię. Zasnęłam w dymie tlącego się ogniska, wśród papuaskich śpiewów.


Śniadanie u Papuasów :)


Rano obudził mnie deszcz kapiący na głowę. Deszcz i głód. Nie mogłam już patrzeć na ciastka, które non stop jadłam. Gestykulując poprosiłam Papuasów o.... chleb tostowy i upiekłam go na ognisku. Ale był dobry!!!!
Każde biuro ekspedycyjne organizujące wyprawę na Piramidę Carstensza ma obowiązek zapewnić wszystkim tragarzom jedzenie.
Hmmm... jeszcze 3 dni temu to ja dawałam im jedzenie jak tylko coś zostało na naszych talerzach. Teraz to ja prosiłam o kawałek chleba :). Jakie to życie przewrotne, piękne i uczące :) ! Tego ranka przyjechał gość z ochrony. Początkowo się przed nim ukrywaliśmy bo tak nam kazali Papuasi. Gestykulowali i pokazywali, żebyśmy byli cicho. Ale po jakimś czasie trzeba było wyjść z "ukrycia".

Do tej pory nie wiem co miło na celu ukrywanie się przed przed ochroną. Strażnik, który przyjechał poinformował nas, że z przejścia przez kopalnię nici i że musimy czekać...Ile? Pytamy się. Nie umiał odpowiedzieć. Powiedział tylko, że za godzinę przywiezie nam wodę i jedzenie. Ani jednego ani drugiego nie zobaczyliśmy tego dnia. Dzień mijał strasznie wolno w oczekiwaniu na wiadomość od strażników. Tego dnia nikt się już nie zjawił. Wiedziałam, że kolejną noc spędzę w tym samym miejscu.

 

Następnego dnia obudziłam się pierwsza z bardzo silnym przekonaniem, że nie spędzę tu kolejnej nocy. Byłam chora, głodna i po prostu zmęczona. Wiedziałam, że trzeba coś zrobić. Pomimo zakazu, podjęliśmy decyzję o zejściu w głąb kopalni. Idąc mijaliśmy samochody piloty, które nie zwracały na nas uwagi jakby każdy z nich był poinformowany o tym, że tu jesteśmy.

W końcu to my zatrzymaliśmy auto i zaczęliśmy opowiadać swoją historię.
Jeden z moich współtowarzyszy miał pierwsze objawy choroby wysokogórskiej. Brak wody na 4000 mnpm spowodował u niego bardzo silne bóle głowy. Musieliśmy naprawdę żałośnie wyglądać.... Co by nie było plan mieliśmy taki, że nie damy się wywieść po raz kolejny do kontenera! Nie! Nie! Nie! Zdecydowanie to podkreślaliśmy. W końcu udało nam się namówić strażników, żeby zawieźli nas do lekarza. W całej tej historii trzeba dodać jeszcze jedną rzecz. Po pierwszej nocy spędzonej pod "zebra wall", czyli w miejscu, w którym był schron Papuasów, każde z nas skontaktowało się ze swoją ambasadą. 
Muszę przyznać, ze ambasada Polski w Jakarcie stanęła na wysokości zadania i była główną jednostką dowodzącą. Pani z ambasady brytyjskiej po odebraniu telefonu i standardowym pytaniu " Gdzie się Pani/ Pan obecnie znajduje?" nie umiała zlokalizować na mapie Papui. Cóż.....:/ Od momentu, gdy znaleźliśmy się u lekarza wszystko zaczęło nabierać pozytywnych kolorów. nagle jak spod ziemi, zaczęli wyrastać Amerykanie, którzy klepali nas po ramieniu i mówili" pomożemy się Wam stad wydostać!"

I pomogli. Dla dwojga z nas zorganizowano samochód. Pozostali musieli jechać "tramwajem - kolejką górską". Tramwaj biegnie przez całą kopalnie i podobno przy ładnej pogodzie można zobaczyć z niego całą kopalnię. Ja po ok 30 miniutach jestem w Tambagapurze.
Inny świat. Miasto, bankomaty, szpital, bary etc. Wszystko tu jest. Cała niezbędna infrastruktura wybudowana na potrzeby 20 000 pracowników kopalni. Przyjeżdżamy od razu do szpitala. Tu nawet mnie nie badają tylko od razu wystawiają rachunek na 380 USD, który musisz zapłacić. Płacisz jesteś wolny!
Jeszcze "pamiątkowe" zdjęcie, rewizja i złożenie podpisu pod dokument, w którym zobowiązałam się, że już nigdy nie wrócę na teren kopalni i jestem wolna :D.
Tak! Przed operacją plastyczną moja noga nie może stanąć w kopalni złota!

Zielone światło dane przez pracowników Freeportu umożliwia nam wejście do całego opancerzonego autobusu. Z Tambagapury do Timiki jedziemy w konwoju. Za nami dwie furgonetki z gośćmi w kamizelkach kuloodpornych. 
Po co ta cała maskarada? Między innymi dlatego, że w Papui bardzo często zdarzają się ataki separatystów.
W przeddzień naszego uwolnienia zabito dwóch żołnierzy indonezyjskich i kierowce.

Ale koniec tej historii kończy się całe szczęście Happy Endem!
Jestem cała, zdrowa i bezpieczna :)
Bo w Timice !

THE END
- HAPPY END -