Mt Vinson kiedy jechać?


Na Antarktydę najlepiej jechać w lecie, które u nas przypada na grudzień-styczeń.

Co warto wiedzieć?

1. Transport

Na Antarktydę można się dostać na dwa sposoby: statkiem (zajmuje to bardzo dużo czasu) lub samolotem. Ja leciałam rosyjskim Iłem-76, obsługiwanym przez amerykańską agencję. Trzeba mieć też świadomość, że tej wyprawy nie da się zorganizować samemu: bez agencji, która Cię tam zawiezie, nic się nie zdziała.

Sam lot to spore przeżycie. Zanim wsiadłam do samolotu prowadzonego przez dwóch rosyjskich pilotów, musiałam wytrzeć buty do czerwonej wycieraczki z dziwnym, dezynfekującym płynem. Po co? Żebyśmy nie przywlekli na Antarktydę żadnego paskudztwa z Punta Arenas (z którego akurat leciałam) bądź jakiegokolwiek innego miejsca w Ameryce Południowej.

Żeby zrobić pasażerom instruktaż zapinania pasów, pilot osobiście wyszedł ze swojej kabiny schowanej za brudną, zieloną kotarą. Nade mną rozpościerały się kable, rury, łączenia. Jakaś metalowa skrzynka zwisała z sufitu tuż nad moją głową. Włączone silniki były tak głośne, że 4,5 godzinny lot bez zatyczek do uszu byłby mało komfortowy.

2. Union Glacier

Samolot wylądował na Union Glacier, tzw. niebieskim lodzie. Dookoła było biało, a powietrze było totalnie przejrzyste! Człowiek uświadamia sobie, że stoi w najbardziej surowym, nieznanym i odizolowanym miejscu na kuli ziemskiej. W miejscu, w którym na samą myśl o temperaturach latem (od -30 do -50°C) robi się chłodno. W oddali widać początek pasma gór Ellswortha, w których położony jest najwyższy szczyt Antarktydy – Mt Vinson. Zdejmowanie okularów nie jest dobrym pomysłem. Na niebie nie ma ani jednej chmurki. Słońce wydaje się tu być większe, a jego działanie z pewnością silniejsze, co odczułam już po kilkunastu minutach.

Po wylądowaniu trafiłam do amerykańskiej bazy. Base Camp jest niczym małe miasteczko na środku lodowca o długości 89 km. Są tu: prysznic z ciepłą wodą, toalety, wypożyczalnia nart i biegówek, rowery, którymi można przemieszczać się po dużym obszarowo obozowisku i dwa wielkie namioty, w których toczy się międzynarodowe życie. Na terenie obozu znajduje się lądowisko awionetek i cały zespół ludzi oraz sprzętu do jego obsługi. Ten tłum mocno mnie rozczarował, bo wyobrażałam sobie to miejsce jako oazę spokoju. Tymczasem to świetnie naoliwiona maszyna, która pracuje bez przerwy.

3. Jasno, jasno, jasno

Pierwsza noc na Antarktydzie nie należała do udanych. Za jasno, żeby spać z głową na zewnątrz śpiwora, za duszno i za ciepło, żeby się do niego schować. Prawie całą dobę widać tu słońce na horyzoncie.

4. Lot do Base Campu

Z Union Glacier czekał mnie kolejny lot – do Vinson Base Campu. To ok. 45 minut awionetką. Tam nocowałam, a następnego dnia spakowałam sanki i ruszyłam w drogę.

Wejście na szczyt
O Masywie Vinsona mówi się, że to takie lajtowe Denali. Faktycznie, choć jest tu bardzo zimno, techniczne góra jest bardzo prosta. Pierwsza część trasy to delikatny wznios. Z II do III obozu prowadzi lina poręczowa. W IV obozie jest już bardzo zimno i wietrznie. To też miejsce, z którego podejmuje się atak na szczyt.
Wejście na szczyt trwało kilka godzin. Najpierw szłam po delikatnym nachyleniu, w terenie bardzo nasłonecznionym, osłoniętym od wiatru, więc zwykła czapka i kurtka były wówczas wystarczające. Choć cel mojej wyprawy widziałam szybko, na szczyt trzeba było iść trochę dookoła, bo strona, na którą patrzyłam, to praktycznie pionowa ściana. Ostatnia część trasy wystawiona jest na działanie wiatru, który bardzo potęguje odczuwalne zimno. Zdjęcie rękawiczek na dłużej niż 30 sekund (choćby po to, żeby cyknąć zdjęcie) jest niebezpieczne. Ale widoki były bajeczne, a powietrze nieprawdopodobnie klarowne.