Wtorek, 15 maja 2012


Siła Marzeń! Samotna wyprawa na Elbrus- 5642mnpm
Po Mt Blanc i Kilimandżaro przyszedł czas na Elbrus. To właśnie Elbrus (5642 m n.p.m.), wg himalaistów jest najwyższym szczytem Europy. Elbrus jest nadal czynnym wulkanem a jego ostatni wybuch odnotowano w XVIII w. Rosyjscy sejsmolodzy przewidują następny, potężny wybuch za jakieś 30 lat, więc należy się pospieszyć z jego zdobyciem.


Zapraszam Wszystkich do współtowarzyszenia mi w przygotowaniach  do mojej nowej wyprawy oraz do czytania ( bądź oglądania :) ) relacji z kaukaskich zmagań z górą o wysokości 5642mnpm.

Wyprawę planuję rozpocząć na początku lipca. Od połowy czerwca na Elbrusie rozpoczyna się sezon letni i ku mojej niezadowoleniu będzie tam z pewnością sporo chętnych na zdobycie szczytu. No, ale o tym, że świętego spokoju nie szuka się w górach wysokich, tylko w Bieszczadach, wiemy przecież wszyscy :).

Zapraszam do relacji z przygotowań i zmagań z górą :).

Czwartek, 5 lipca 2012


Nastrój przed wyprawą i ostatnie przygotowania.
Pomimo nawału pracy i obowiązków „przedwyprawowych” tryskam optymizmem i już gdzieś tam, w środku, jedną nogą jestem w Rosji, tuż u podnóża mojego kolejnego celu :). Wyjazd 14 lipca. Samopoczucie mi dopisuje, gorzej z kondycją :(


WIZA:
Każdy kto wybiera się do Rosji zobowiązany jest posiadać wizę czy to turystyczną czy biznesową ale bez niej do Rosji wjazdu nie ma! Wiza turystyczna uprawnia do jednokrotnego wjazdu do Federacji Rosyjskiej na czas określony do 30 dni.

Niezbędne do otrzymania wizy jest posiadanie:
a) wypełnionego wniosku  ( i tu bardzo ważne, wniosek musi być poprawnie wydrukowany w innym wypadku Pani może go odrzucić)
b) paszportu ważnego przynajmniej pół roku od daty zakończenia wizy, mającego przynajmniej dwie puste strony
c) aktualnej fotografii „paszportowej”
d) vouchera turystycznego z potwierdzeniem (może być wydany co najwyżej na 30 dni).

UBEZPIECZENIE
W trakcie pobytu w Rosji możemy być także poproszeni o ukazanie ubezpieczenia, także dokument ten powinien figurować na liście rzeczy niezapomnianych :)

WYPOSAŻENIE:
W sezonie letnim, wejście na Elbrus nie wymaga specjalistycznego sprzętu wspinaczkowego. Obowiązkiem są oczywiście raki i czekan, a pomocniczo warto zabrać ze sobą kijki teleskopowe.
Elbrus znany jest też ze swej zmiennej pogody i niskich temperatur nawet w środku lata. Dobry namiot i śpiwór to podstawa. Ale nie odkryłam tu Ameryki :)Ta zasada obowiązuje przy każdej wyprawie.

KONDYCHA:
Bywało lepiej :)

Wtorek, 17 lipca 2012


Pisze do Was z Tierskol :)
Po długiej i meczącej podroży (36h)  jestem u podnóża najwyższego szczytu Europu, w Tierskol.
Nie obyło się bez łapówek, które są tu, w Rosji jak i na Ukrainie, tak normalne, że przy ich dawaniu można nawet otrzymać resztę :).
Granice polsko-ukraińską przekraczałam w Medyku. Tablica informacyjna przed skrętem na Medyk wprowadza nie jednego w błąd. Informacja o oczekiwaniu na przejściu granicznym była 0h. Do tego zera należy dodać 5 godzin. Tyle mniej więcej trwało oczekiwanie w kolejce, sprawdzanie paszportów itp.
Przez Ukrainę, do pewnego momentu, a dokładnie do Charkowa jedzie się jak po stole. Jest fantastyczna, nowa autostrada. Pomimo gładkiej nawierzchni i naprawdę wysokiego komfortu jazdy lepiej trzymać się tu przepisów i nie przekraczać dozwolonej prędkości. Choć żeby "wlepić mandat" zawsze się znajdzie jakiś pretekst.

Tiereskol. Male miasteczko u podnóża Elbrusa. Niewielu tu turystów po moich pierwszych obserwacjach.
W miasteczku jest wszystko. Wypożyczalnia sprzętu, sklep z pamiątkami i mapami, internet na poczcie. Tu tez załatwia się OVIR. ( Należy zostawić paszport z wcześniej wypełniona na granicy kartę imigracyjną).
Dookoła kreci się dużo policji/żandarmów/straży granicznej z kałaszami na ramieniu.

Ciężko mi ich sklasyfikować bo niestety nie znam rosyjskiego i nie mogę przeczytać ich odznaczeń na mundurach.

Ale uzbrojeni w kominiarkach nie wyglądają zbyt przyjaźnie :/. Ogólnie ludzie mili i sympatyczni, ale są i tacy, którym źle z oczu patrzy. Jednym słowem mix narodowościowy. 

Niestety zdarzają się tu gwałty! Samotnie podróżująca kobieta w tym rejonie to zbyt duże ryzyko.
Jutro z rana wyruszam z Tierskol do Azau, a stamtąd do wyżej i wyżej i wyżej….

Środa, 18 lipca 2012


Relacja z wyprawy na Elbrus Cz I

Kiedyś wpadła mi w ręce książka Martyny Wojciechowskiej pt " Przesunąć horyzont". Pamiętam, ze zdziwiło mnie w niej to, że autorka podczas ataku szczytowego na Mt Everest poinformowała czytelników, że dostała okres. Jakoś mi ten opis przyćmił fakt zdobycia góry. Zastanawiałam się nad tym czy ja mogłabym czymś takim się "pochwalić". Teraz wiem, że "te dni" maja zasadniczy wpływ na samopoczucie kobiety. Zarówno psychiczne jak i fizyczne. Tuż przed wyjazdem z Tierskol fatalnie się czułam. Przewracałam się z boku na bok nie wiedząc jaka decyzje podjąć. A jak pogorszy się pogoda? W sumie mogę się tez "źle czuć" na górze! Jadę!
PS, Szkoda że musiałam przeżyć to na własnej skórze żeby zrozumieć Martynę :)


Zmiana planów


Choćbym nie wiem jak planowała każdą swoją wyprawę, to nie uniknę konfrontacji z rzeczywistością i koniecznością przystosowania się do niej. Zgodnie z planem miałam podchodzić wzdłuż kolejki, celem zdobycia lepszej aklimatyzacji.

Po zasłuchaniu tutejszych ludzi, zweryfikowaniu sytuacji i skrupulatnej obserwacji kilku podejrzanych typów ( nawet miejscowi mieli problem z określeniem ich nacji), przestało mi się chcieć samotnych noclegów w niższych partiach gór :(. Postanowiłam wjechać kolejką. Z polany Azau ruszają dwie kolejki linowe. Jedna nowa ( 600 Rupli), a druga już trochę bardziej wyeksploatowana ( 400 Rupli). Mnie udało się wjechać za free razem z tutejsza służba górska (taki nasz odpowiednik polskiego GOPR-u) 
Do Priuta, na wysokość (4100mnpm) trzeba już podreptać samemu . Bardziej wygodni podjeżdżają ratrakiem.
W Priucie namiot można rozbić przy starym schronisku (lewa strona). Trochę powyżej są tez kontenery noclegowe. Namiot z tego co wiem można rozbić też wewnątrz starego schroniska. Po prawej stronie są kontenery/baraki tutejszego GOPR-u a tuż za nimi istnieje możliwość rozbicia namiotu miedzy skałami.
Tak też zrobiłam. Rozbiłam namiot, wydawałoby się, w cichym osłoniętym od wiatru miejscu. Wydawałoby się ……


Podjazd a aklimatyzacja?
Jestem zdecydowana przeciwniczka wjazdów kolejką na wyższe wysokości. No chyba że ma się za sobą dwutygodniowa aklimatyzacje. W moim przypadku był to chyba wybór mniejszego zła.
Pić, pić, pić i jeszcze raz pić. To był mój jedyny ratunek na tak szybką zmianę wysokości. Tego dnia wypiłam chyba z 5 litrów słodkiej herbaty. Świetnie nawodniłam sobie organizm i nie odczuwałam żadnych dolegliwości typowych dla tych wysokości.
Następnego dnia chciałam podejść do Skał Pastuchowa  (ok 4600mnpm) i następnie zejść na dół do Priuta.( 4100).

W noc przed wyjściem nie zmrużyłam oka :(. Wiatr łomotał o mój namiot, zatyczki do uszu na nic się zdały. W oddali nad miasteczkiem szalała burza co jakiś czas rozjaśniając niebo. Elbrus był w jednej wielkiej czarnej otchłani. Chyba mnie czaka jutro próbowanie tutejszych trunków z Służba Górska w bazie w Priucie :).


Ok 2.30 przejaśniło się zaś a ok 4.00 Elbrus usłany był gwieździstym niebem.

 

Góra wiecznych wiatrów!
Wychodzę o 5.15 w asyście dwóch "GOPR-owców". Bez aklimatyzacji jestem bardzo powolna. Szybko tracę ich z pola widzenia. Już po kilkunastu minutach kiedy zbocze przestaje być  osłonięte przez skały, uderza we mnie silny podmuch wiatru. Pomimo, słońca wychylającego się znad horyzontu wiatr jest nadal przenikliwy i bardzo zimny. Podchodzę do skal Pastuchowa i do siedzącej za jednym z głazów grupy ludzi.
-Cholera ten wiatr wykańcza! Idziecie na góre?-pytam.
-Nie schodzimy na dół do schroniska. Za mocno wieje, spróbujemy zdobyć szczyt jutro. Dziś odpuszczamy. A Ty?
- Chyba podejdę trochę wyżej zobaczyć co mnie czeka jutro :)- odpowiadam.
Ogólnie świetnie się czułam. Litry płynów wypite dnia poprzedniego i 1/2 aspiryna wziętej profilaktycznie na noc, złożyły się na moje rewelacyjne samopoczucie. Holenderka z przewodnikiem schodzą na dół ze mną zdecydował się podchodzić trochę wyżej Rosjanin. Jak sam mówił nic nie obiecuje jak wysoko uda mu się podejść. No ale...... przecież żadne z nas nie miało tego dnia zamiaru zdobywać szczytu!!!
Tu przy skałach miałam jeszcze tłumacza potem nasza komunikacja ograniczyła się do :
 - Are you ok?, Lets go i haraszo!
Przed nami strome wzniesienie lodowca. Ledwo co wychodzę zza skał, a uderza we mnie podmuch mroźnego i silnego wiatru przewracając mnie na kolana. Wstaje i mozolnie podchodzę do góry. Wieje coraz mocniej. Przeraza mnie to podejście.

W oddali widzę sylwetki "GOPR-owców" i mam wrażenie, że w ogóle się nie przemieszczają. A przecież mieli dożo lepsze tempo ode mnie. Silny wiatr nawiewa drobinki lodu i śniegu, które jak ostre igiełki wbijają mi się w policzki. Przy każdym silniejszym podmuchu, rakami wbijam się mocno w zbocze, padam na kolana a głowę chowam pomiędzy nimi. Nie da się iść!!! Silniejsze podmuchy wiatru, dla bezpieczeństwa, trzeba przeczekać w prawie embrionalnej pozycji. Podczas takich postojów marzną mi palce u rąk i u stop do tego stopnia, że nie ma w nich czucia. Palce u nóg próbuje rozruszać, ręce zaciskam w piąstki i rozgrzewam własnym ciepłem. Podczas podejścia do tzw " Siodła" (ok 5200mnpm)  takich przystanków było zdecydowanie za dużo i mocno mnie osłabiały. Jednak jak tylko można było iść ruszałam wyżej. Powoli, bardzo powoli.....


Od tyczki do tyczki


Dochodzimy do " Siodła" . Ktoś kto na jednym z forów internetowych napisał, że w Siodle, pomiędzy wierzchołkami Elbrusu jest tak gorąco że można się tu rozebrać, musiał albo mieć fantastyczna pogodę albo bardzo bujną wyobraźnie.

Wiatr wieje tu tak samo silnie jak wszędzie. Zmienia się jedynie jego kierunek.
W "Siodle" spotykam dwóch GOPR-owców z którymi wyruszałam z Priuta. Właśnie zdobyli szczyt
-Ile jeszcze do szczytu, godzina, dwie, trzy?-pytam
-Szybkim tempem 1,5h.
Ach! Czyli ja powinnam liczy 2 do 2,5h. Szybko otwieram plecak żeby zobaczyć ile mam herbaty. 0,5 litra w termosie i ok 1 litra w bukłaku. Herbata w bukłaku jest zimna, ale jeszcze nie zamarznięta. Zmuszam się do zjedzenia kabanosa. Zagryzam kawałkiem czekolady i podejmuje decyzje o zdobyciu wierzchołka! Jestem już tak blisko nie mogę teraz zrezygnować.

Myśl, że jutro miałabym przemierzyć ten sam odcinek ponownie, motywuje mnie do zdobycia szczytu dziś. Jednocześnie sama się ganie za taką improwizacje. Miałaś podejść tylko do Skał Pastuchowa!!!!!
Odwracam się do mojego rosyjskiego towarzysza i pytam go czy idzie ze mną.
Haraszo, haraszo- dostaje w odpowiedzi.
Jeszcze łyk gorącej herbaty i ruszam do góry. Jesteśmy nielicznymi i ostatnimi, którzy zdecydowali się tego dnia zdobyć Elbrus. Za nami nie ma już nikogo, a wszyscy których spotykaliśmy zawracali.
Rozglądam się dookoła. W "Siodle" rozbity jest namiot, alternatywny nocleg jednej z ekip, z którego można by skorzystać.
Trasa pod sam wierzchołek jest otyczkowana. Teraz moim celem jest pokonać odcinki od tyczki do tyczki. Proporcje w moim systemie podchodzenia drastycznie się zmieniają. Niżej na 60 kroków przypadało 10 oddechów podczas odpoczynku.

Teraz na 40 kroków przypada 12 oddechów a już za chwile będę zatrzymywać się co 20 kroków. Lodowate powietrze mrozi mi płuca. Staram się oddychać nosem, ale nie zawsze jest to możliwe. Żeby choć trochę je ogrzać oddycham przez kominiarkę.
W "Siodle" tworzą się takie mini tornada. Ponownie podchodzimy stromym zboczem o nachyleniu ok 60 stopni. Przy  każdym większym podmuchu klękam i mocno wbijam się rakami w zbocze a głowę chowam miedzy kolanami.Tak skulona popijam lodowata herbatę. Bardzo chciałabym zrobić zdjęcie, ale ściągniecie rękawicy równe jest z odmrożeniami.
Nie przywiozę mnóstwa fantastycznych zdjęć :( 


Moje ciało mówi nie, a głowa każe iść!

Dystans pomiędzy mną a Rosjaninem zwiększa się. Robię zdecydowanie za długie postoje. Bardzo mi to doskwiera i znów siebie ganię, że za wolno idę! Miałaś dojść do trzeciej tyczki a ty, co drugą robisz postój! Miłka weź się w garść!

To już naprawdę blisko! Teraz nie ma odwrotu!- mówiłam do siebie.
Zbieram się w sobie i ruszam. Przyspieszam i doganiam mojego towarzysza. Po podejściu ze zbocza wchodzę na szeroka gran. Tu wiatr jest jeszcze silniejszy. Przykucam, szybko wyciągam termos, jem kawałek batona i ruszam dalej.
Przede mną wierzchołek!!!!! Widzę go!!! Miedzy mną- wyczerpana mała mrówką, a nim- mroźnym gigantem jest raptem 500m. Teraz nie ma odwrotu! Widok szczytu zadziałał na mnie jak zastrzyk energetyczny! Przyspieszam kroku i ruszam ku niemu. Sam wierzchołek jest małym, może 20 metrowym wzniesieniem względem grani, po której się przemieszczałam.

Na szczycie leży nieduży głaz a na nim widać  proporczyki. Obok dwie tablice, niestety rozbite, wiec ciężko rozpoznać co upamiętniają.


Jestem na szczycie!!!!


Pierwszy raz po zdobyciu góry nie przeżywam takiej euforii jak zawsze. Nie kotłuje się we mnie poczucie szczęścia i radości. Jestem wyczerpana. Piję herbatę, robię 3 zdjęcia i dziękuje Bogu, że jestem tu gdzie jestem. Proszę o szczęśliwe zejście do bazy. Przede mną długa droga powrotna, a sił coraz mniej.


Powrót

Pogoda bez zmian. Elbrus nie dał nawet na chwile odpocząć. Niemiłosiernie mroził mi ręce stopy, a w policzki ciskał nieustannie małe zmrożone igiełki.
Jestem odwodniona, wychłodzona i wyczerpana. Wiem, że muszę bardzo uważać schodząc ze stromego zbocza. Przemieszczenie nogi tak aby rakiem nie zaczepić o stuptuty czy o raka jest dla mnie nie lada wyczynem. Schodząc widzę rozbity pomiędzy wierzchołkami namiot. Nie chcę dopuszczać do siebie myśli ze mogłabym w nim spędzić noc. A podejście do niego i sprawdzenie, jaki jest w środku ekwipunek zdecydowanie przekraczało moje możliwości.
Podjęłam decyzje o zejściu do bazy.
Na dnie mojego bukłaku pływały resztki herbaty i lodu. Najgorsze jednak było to, że rurka i ustnik kompletnie zamarzły.

Na nic zdało się rozgrzewanie, kręcenie i plucie do środka. Jedynym rozwiązaniem było schowanie bukłaka pomiędzy warstwy ubrań, tak żeby wszystko rozmrozić. Myśl o łyku zmrożonej herbaty utrzymywała mnie przy wszystkich działaniach. Zrobiłam co trzeba i ruszyłam dalej.
Pogoda zaczęła się pogarszać. Jeszcze ze zbocza widziałam, że nisko osadzone chmury teraz wypychane są mocno przez wiatr ku szczytowi Elbrusu. To była tylko kwestia czasu, kiedy nas przykryją.
Wróciłam do mojego systemu „od tyczki do tyczki" i z całych sił staram się być w nim konsekwentna.
Schodziłam w dół a zamiast coraz lżej zaczęłam oddychać coraz ciężej.
Udawało mi się za to skutecznie wybić z głowy dłuższe przystanki.
Ach! No i rurka i ustnik w moim bukłaku zaczęły działać.
Napiłam się i nabrałam sił!
Mój entuzjazm i lepsze samopoczucie szybko zgasiła chmura, która właśnie nas dosięgnęła.
Byłam mniej więcej na wysokości 4900mnpm. Widoczność spadła do 10m. Mojego towarzysza straciłam z pola widzenia :(. Usiadłam na plecaku i pomyślałam: Super! Z deszczu pod rynnę! Wreszcie przestał wiać ten cholerny wiatr, ale nadal nie widziałam, co było przede mną! Nie pozostało mi nic innego, jak tylko czekać, aż się trochę przerzedzi.
Jest, jest, jest tyczka!!! Wstałam jak poparzona i podbiegłam do niej. Jest następna! Nawet jak znikały mi z pola widzenia, wiedziałam mniej więcej jaki kierunek powinnam obrać. Cała trasa jest otoczkowana, ale prowadzi zygzakiem. Każda odchyłka, odejście od trasy zwielokrotnia błąd. Jest to najczęstszą przyczyną wypadków na Elbrusie. Gwałtowna zmiana pogody i  problemy z odnalezieniem trasy znacznie zwiększają ryzyko spadnięcia ze zbocza lub wpadnięcia do szczeliny.


Granica wytrzymałości!

Po jakimś czasie skończyła się herbata. I ta zamarznięta i ta w termosie. Zejście w kompletnej mgle zrujnowało mnie.

Nie potrafiłam oszacować swojego położenia. Nie wiedziałam ile jeszcze zostało do bazy. Nie wiedziałam jak rozłożyć resztki sil :(. Zdjęłam raki i zaczęłam obsuwać się po śniegu co jakiś czas, dzięki Bogu, dostrzegając tyczki z napisem REDFOX, REDFOX. Nogi plątały się pode mną. Jak przestawałam widzieć tyczki siadałam na plecaku i czekałam jak na zbawienie.

Jak tylko dostrzegłam jakaś ześlizgiwałam się ku niej. Wydawało mi się ze minęły godziny!
W oddali zobaczyłam sylwetki ludzi. Gdyby nie to ze z nimi rozmawiałam mogłabym posądzić siebie o halucynacje.

Od Priuta dzieliło mnie jeszcze ok. 25 minut drogi. To była dla mnie jedna z najważniejszych wiadomości tego dnia!

Widzę bazę! Dotarłam do bazy!
Tam na górze moje ciało mniej lub bardziej posłusznie wykonywało rozkazy wysyłane z mózgu. Tu, przy bazie kompletnie odmówiło mi posłuszeństwa.
Z wyczerpania, wychłodzenia i stresu zwymiotowałam.


wtorek, 14 sierpnia 2012


Dom
Kochani!
Z niewielkimi odmrożeniami, schodzącą skórą z twarzy, lekko odmrożonymi płucami, a przede wszystkim z większą świadomością tego co mógł zrobić ze mną Elbrus, a czego mi zaoszczędził piszę do Was z Polski :).  
W mojej głowie kiełkuje oczywiście myśl o organizowaniu kolejnej wyprawy. I jak tylko z tego ziarenka wyrosną jakieś konkrety nie omieszkam się tym z Wami podzielić.