Kochani!

16 czerwca 2015 roku o godzinie 20:00 czasu lokalnego stanęłam na najwyższej górze Ameryki Północnej. Chciałabym pokazać Wam kilka zdjęć i opowiedzieć jak to było w tej ziiiiiiimniej krainie Indian Atabasków.

 

Denali - czyli przygody od samego początki :)

Przede wszystkim, jak wiecie, na wyprawę pojechałam z Jackiem. O mały włos pojechałabym sama bo Jacek zaspał a ja obudziłam go telefonem: " Gdzie jesteś? Ja czekam już na lotnisku”.

O mały włos ……ufff :)

 

Do Anchorage udaje nam się dotrzeć 31 maja 2015. Kolejny dzień to sprawy organizacyjne (zakupy jedzenia, drobnego sprzętu) i organizacja transportu do Talkeetny - małego miasteczka, z którego leci się na lodowiec Kahiltna.

 

Szybko przemieszczamy się do Talkeetny skąd teoretycznie następnego dnia powinniśmy polecieć na lodowiec. Nic z tego! Z powodu złej pogody lądowanie na lodowcu jest niemożliwe a my uziemieni w Talkeetnie.

Po 4 dniach wypogadza się i wznawiane są wszystkie loty. Lądujemy i po spędzeniu nocy w Base Campie (2200 mnpm) następnego dnia z 24 kilogramowym plecakiem i sankami o masie ok 30 kilogramów ruszam do obozu I. Jest ciężko, strasznie ciężko a to dopiero początek bo tę trasę pokonuje się bez żadnych przewyższeń. Po godzinie orientuje się, że idę z tak zwanym hamulcem, czyli grubą liną powiązaną w supły służącą do zmniejszenia prędkości sanek podczas schodzenia. Zapewniam, że taki hamulec podczas wchodzenia nie pomaga :).

 

Dochodzimy do obozu I. Rozbijamy się, topimy śnieg, robimy herbatę i jedzenie i idziemy spać. Następnego dnia ruszamy do obozu III (3330 mnpm). Obóz drugi jest obozem przechodnim i właściwie nikt w nim nie zostaje. Tego dnia mijamy go ale nie osiągamy swojego celu i ze względu na złą pogodę zatrzymujemy się pomiędzy II a III. Pada bardzo obfity śnieg i wieje wiatr. W ciągu kolejnych dób spada dziennie metr śniegu. W tych warunkach odśnieżanie namiotu konieczne jest co 2-3 h. Kolejne dwa dni nie przynoszą niestety poprawy pogody.

 

W końcu trzeciego dnia pomimo ciągłych opadów (zaletą był brak wiatru) pada decyzja o wyjściu do obozu III (3330 mnpm). Po drodze pomimo mgły i opadu spotykamy polski zespół Expedition Denali Freedom. Pogoda nie pozwala na dłuższą pogawędkę wiec szybko wymieniamy niezbędne informacje. Jak jest na górze, jak na dole. Trasa GPS wgrana wcześniej w zegarek pomaga nam dojść do celu. Kolejnego dnia ruszamy z depozytem i aklimatyzacyjnie do IV (4330 mnpm) i schodzimy na dół żeby przespać się w trójce. Po spędzonej nocy ruszamy z całym ekwipunkiem do IV.

Zaczynam być zmęczona i czuję, ze ten ciężar mnie po prostu wbija w lodowiec, więc w każdym obozie zostawiam nadmiar ekwipunku. Jest trochę lżej ale bez szału :(

 

Po dotarciu do czwórki jestem super zmęczona i chciałabym mieć jeden dzień odpoczynku, ale presja pogody jest tak duża, że następnego dnia pada decyzja podejścia do V (5240 mnpm) z depozytem i powrót do IV na nocleg.

 

W trakcie podejścia czuję, że coś jest nie tak. Zaczyna mnie boleć szyja i ciężko mi utrzymać głowę. Zejście do IV to masakra. Moja głowa bezwładnie wisi a ja nie jestem w stanie jej podnieść. Widzę tylko swoje buty. Najprawdopodobniej od noszenia zbyt dużych ciężarów doszło do przyciśnięcia/zablokowania jakiegoś nerwu i moja głowa zaczęła stanowić odrębny element moja ciała... ściągnięcie kurtki w namiocie po powrocie było nie lada wyzwaniem.

 

Następnego dnia pomimo bólu ruszam do obozu V (5240 mnpm). Boli mnie wszystko nawet teraz jak to wspominam. Sytuacja z szyją niestety powtarza się. Kijki służą mi już nie tylko do podchodzenia, ale i do podnoszenia głowy, żeby zobaczyć co się dzieje na wysokości wzroku. Faszeruje się lekami przeciwbólowymi i smaruje maścią ale nie wiele to daje.

Podejście do High Campu to jeden z trudniejszych etapów wyprawy. Trzeba pokonać ponad 600 metrowe przewyższenie.

Część podejścia jest poręczowana od połowy aż do grani (tzw. Head Wall). Następnie trzeba pokonać grzbiet grani, która momentami ma szerokość jednej stopy, ciągnie się przez dłuższą chwilę i ma 300 m przewyższenia.

Dochodzę do High Campu i zanim padnę muszę jeszcze roztopić śnieg i coś zjeść a wcale mi się nie chce. Wcale mi się też nie uśmiecha ruszać na atak szczytowy za niespełna 12 h.

 

Od momentu wylądowania na lodowcu (5 czerwca) do czasu ataku szczytowego minęło 11 dni przy czym 8,9 i 10 czerwca "kiblowaliśmy" pomiędzy obozem II a III na wysokości totalnie nieaklimatyzacyjnej bo niespełna 3000 mnpm. Samej wspinaczki nie licząc wymuszonego pogodą postoju było JEDYNIE 7 dni. Było to uważam ekspresowe tempo, choć ja wlekłam się z obozu do obozu niemiłosiernie przez kilogramy noszone na plecach i saniach. Teraz wiem, że wzięłam zdecydowanie za dużo zasadniczo „wszystkiego”!

 

16 lipca po 11 dniach wędrówki po lodowcu z obolałymi mięśniami karku i szyi o godzinie 12:00 wyruszam z High Campu na najwyższy szczyt Ameryki Północnej. Na pierwszym  podejściu stoję w korku. Sznurek ludzi przede mną, więc trzeba swoje odczekać. Ten odcinek ataku szczytowego nazywa się „Autobahn” ale nie ma ze swoją nazwą nic wspólnego. Po pokonaniu stromego podejścia zawsze człowiek ma nadzieję, że choć przez chwilę będzie kawałek wypłaszania, co by sobie można było idąc po płaskim odpocząć :).

A tu nic! Trzeba iść dalej w górę :)


POSZCZEGÓLNE ETAPY WYPRAWY 


31.05.2015 I Przylot do Anchorage            
01.06.2015 I Przejazd: Anchorage -> Talkeetna (bus)    

02.06 - 05.06. 2015 I  Przymusowy pobyt w Talkeetnie
05.06.2015 I Przelot: Talkeetna -> Lodowiec  Kahiltna, 106 mnpm. Nocleg Base Camp, 106 mnpm/ 2200mnpm
06.06.2015 I Base Camp -> Camp  I (7800 ft),  2380 mnpm
07.06.2015 I Camp I (7800ft) -> okolice Campu II (9700 ft), 3000 mnpm

07.06. - 10.06.2015 I okolice Campu II  (9700 ft) -> Camp III (10900 ft), 3330 mnpm

11.06.2015 I Dojście do Campu III 3330 mnpm
12.06.2015 I Wyjscie do Camp IV i powrót. Nocleg w Camp III, 3330/4330 mnpm

13.06.2015 I Camp III (10900 ft)-> Camp IV ( 14200 ft), 4330 mnpm      
14.06.2015 I Wyjscie do Camp V i powrót. Nocleg w Camp IV, 4330/5240 mnpm    
15.06.2015 I Camp IV (14200 ft) -> Camp V (17200 ft), 5240 mnpm    

16.06.2015 I Camp V (17200 ft) -> Summit, 6194 mnpm -> Camp V      
17.06.2015 I Zejscie do Camp IV, 4330 mnpm      
18.06.2015 I Zejscie z Campu IV do do Base Camp (13h)

19.06.2015 I Wylot do Talkeetny

Zasada przy ataku szczytowym jest taka, że żeby było cieplej wychodzi się po wschodzie słońca. W związku z tym, że byliśmy jedną z ostatnich ekip, które opuszczały obóz, teraz mijali nas pierwsi zdobywcy Denali. Szliśmy mozolnie w górę mijając kolejne schodzące ekipy. W bardziej ryzykownych miejscach wpinaliśmy linę w założone przez rangersów punkty asekuracyjne co jeszcze bardzie spowalniało naszą wędrówkę.

 

W środku wiedziałam, że uda mi się wejść aczkolwiek nie był to „mój dzień”. Starałam się wpaść w rytm, w taki jak zawsze udawało mi się wpadać przy ataku szczytowym ale teraz mogłam to zrobić tylko przez chwilę bo zaraz brakowało mi powietrza. Jeden ze schodzących zatrzymał się przy mnie i powiedział „ One step – one breath”. Cieszyłam się, że się zatrzymał. Jakoś tak lepiej mi się na duchu zrobiło.

 

Kurcze! Co się ze mną dzieje przecież byłam nie raz na tej wysokości a teraz jakby mi ktoś porcjował powietrze i w coraz mniejszych workach foliowych podawał za karę jak przyspieszam!!! Źle mi było strasznie bo wstrzymywałam Jacka, który miał zdecydowanie lepsze tempo. Łączyła nas lina, która naprężała się jak tylko się zatrzymywałam. Wlokłam się jak żółw nawet na wypłaszczeniu zwanym „Football field” a co gorsza zaczynało mi brakować powietrza, nie jak podchodziłam, ale jak po prostu szłam. Ostatnie 200 metrowe wzniesienie tzw „Pig Hill” znokautowało mnie totalnie. Wlazłam na nie ale po przejściu raptem kilkudziesięciu metrów padłam. Padłam wypompowana. Wiedziałam, że muszę szybko wziąć diuramid – lek przeciw wysokościowemu obrzękowi płuc.

 

Był piękny słoneczny dzień a ja byłam 50 metrów przed szczytem zmęczona walką z własnym organizmem. Nie dopuszczałam w ogóle myśli, że miałabym nie zdobyć wierzchołka. Dzieliło mnie od niego raptem 10 minut. Wzięłam z plecaka flagę i kamerę. Jacek podał mi diuramid. Szybko popiłam tabletkę herbatą. Wiedziała, że nim zacznie działać musi minąć kilkadziesiąt minut. Mozolnie wstałam i spojrzałam w stronę Denali (6194 mnpm), najwyższej góry Ameryki Północnej. Mimo wszystko wiedziałam, że zaraz tam będę!

 

Nie zanotowałam dokładnej godziny, w której udało mi się postawić stopę na Denali. Nie to było teraz ważne. Nie bardzo umiałam się też cieszyć ze zdobytego wierzchołka bo miałam świadomość, że czeka mnie droga powrotna….Czeka mnie mobilizacja każdego centymetra kwadratowego mojego ciała żeby dojść do High Campu.

 

Schodzą w dół widziałam przepiękny zachód słońca. Był tak ładny, że pomyślałam

sobie, że chciałabym go zobaczyć jeszcze raz. Zatrzymać się, skupić na tym co „tu i teraz” a nie na walce z samą sobą.

 

To była trudna góra.....Chyba śmiało mogę powiedzieć najtrudniejsza z jaką do tej pory się zmierzyłam. Moim przeciwnikiem nie było Denali, tylko moje ciało, które motywowałam lub zmuszałam do tego aby zaniosło mnie do High Campu.

 

Po powrocie do obozu „rzęziłam” jak kot, uparcie twierdząc, że wcale nie potrzebuję pomocy. Marek (logistyk, pogodynka :), współorganizator wyprawy i moje wsparcie duchowe) zarządził z Polski akcję poszukiwania lekarza w obozie. Wykonawcą misji był Jacek, który do upadłego szukał lekarza budząc cały obóz :).

Chłopaki (lekarz z rangarsem) przyszli, zapodali mi butle z tlenem, pogadałam jeszcze chwilę jakieś głupoty (to chyba przez tę butlę :P) i odpłynęłam.

 

Tak oto po krótce wyglądała moja wyprawa :)

 

Kilka konkluzji:

a) zdecydowanie za ciężki plecak i sanki (za dużo jedzenia)

b) poza liofilizatami fajnie było zjeść w III smażoną cebulę z pitą i oliwkami. Mniammmm :)

c) latarka jest zbędna. Nie ma czegoś takiego jak ciemność nawet w środku nocy

d) przy dobrej pogodzie może nie będzie trzeba korzystać z kuchenki paliwowej ale zawsze lepiej ją mieć

e) nierozgrzana butla propan- butan może nas zaczadzić albo zrobić nam depilację twarzy ;/ (w niskich temperaturach spala się jedynie propan). Warto przed odpaleniem butli włożyć ją wiadomo gdzie :) i wstrząsnąć tuż przed użyciem.

f) lejek do sikania - najważniejszy babski atrybut wyprawy!

g) "wiadro" na odchody bierzemy ze sobą wszędzie poza atakiem szczytowym :)

h) rangersi mówią, żeby głęboko zakopywać depozyty na lodowcu ponieważ "grasują" na nim wielkie ptaki, które podobno wykopują depozyty i rozrzucają śmieci. W życiu większej bzdury nie słyszałam! Na lodowcu nie widziałam, żadnych ptaków a ta bajka jest po to, żeby wyłudzać pieniądze od wspinaczy (bardzo wysokie kary), którzy ponoć niedbale zakopali depozyt.

Obrzęk płuc spowodowany był:

- dźwiganiem nieproporcjonalnego ciężaru do masy ciała

- szybkim podejściem i brakiem odpoczynku wywołanym presją kończonej się dobrej pogody

I najważniejsze :)

Po górach fajnie się chodzi i....... robi zdjęcia, dużo zdjęć. Fajnie jest też mieć czas, żeby z nimi pogadać :). Tu mi tego czasu trochę brakowało.


INFORMACJE

 

Termin wypraw: 31 maja - 26 czerwca 2015
Położenie geograficzne Denali: (63°05'51.34”N 151°00'19.86”W )   
Warunki atmosferyczne: cholernie zimne!

Odczuwalna temperatura na szczycie na dzień 28 maja minus 45!!!

Tak minus 45 stopni Celsjusza

http://www.mountain-forecast.com/peaks/Mount-McKinley/forecasts/6194

Trasa: West Buttress- droga pierwszych zdobywców

Plan wejścia: 15 dni wspinaczki + 7 dnia zapasu pogodowego

Misja przed wyprawą - przytyć: zrealizowana w 100% !..... Prościzna :)